Skocz do zawartości

TechnoDream

Użytkownik
  • Zawartość

    50
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    1

TechnoDream ostatnio wygrał w dniu 3 Styczeń 2014

TechnoDream ma najbardziej lubianą zawartość!

O TechnoDream

  • Ranga
    Początkujący
  • Urodziny 02/02/1984

Informacje podstawowe

  • Gra w jaką grasz najczęściej?
    Battlefield 3
  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Iluzja

    Iluzja (Now You See Me) O Filmie: „Iluzja” to kolejny mainstreamowy twór Leterriera. Niestety tak jak pozostałe jego dzieła niestety nie robi wrażenia. Film opowiada o czwórce iluzjonistów z nieprzeciętnymi umiejętnościami, którzy zostają zwerbowani przez tajemniczą organizację. Podczas jednego z pokazów rabują bank na innym kontynencie, co nie ucieka uwadze organów ścigania. Wszczęte zostaje śledztwo, które ma doprowadzić do wyjaśnienia sprawy oraz złapania ‘Czterech jeźdźców’, którzy na jednym występie nie poprzestają. „Iluzja” to film sztucznie zagmatwany chyba tylko po to by na koniec zaskoczyć widza zupełnie 'niespodziewanym' rozwiązaniem zagadki i śledztwa. Myślę, że niektórym jednak uda się przewidzieć finał wbrew woli i starań twórców, bo to po prostu banał jest niestety. Film obfity jest w różne przypadki, zbiegi okoliczności, które ułatwiają ucieczkę iluzjonistów, co może bardziej skrupulatnych doprowadzać do szału. Inteligencja ścigających również pozostawia wiele do życzenia, ale cóż to taki rodzaj filmu… tak przynajmniej to sobie tłumaczę „Iluzja” nie zachwyca również efektownymi ujęciami zarówno sztuczek graficznych jak i magicznych. Pierwsza scena filmu, która z pewnością okaże się skuteczna, ma nas przekonać, że iluzja (oraz magia) istnieje, a co za tym idzie mamy stać się podatni na to co dzieje się w dalszej części filmu i mimo wielu niedociągnięć bezczelnie łyknąć to co prezentuje nam reżyser. Mnie tym nie kupił, ale sądząc po ocenie na filmwebie wielu osobom się podobał. Film jest niesamowicie przeciętny żeby nie powiedzieć, że momentami nużący i naiwny. A o scenariuszu napisze tylko tyle: gdzie kucharek sześć... Osobiście ani nie polecam, ani nie odradzam. MOJA OCENA - 5/10 https://www.youtube.com/watch?v=Qw9WSiyveV8
  2. Labirynt

    Labirynt (Prisoners) O Filmie: Patrząc na dorobek twórczy reżysera i scenarzysty nikt nie spodziewałby sie trzymającego od pierwszej do ostatniej minuty komercyjnego, kinowego thrillera z dobrą obsadą. Może dlatego, że "Kontrabanda" napisana przez Aarona Guzikowskiego nie była jakąś wyjątkowo dobrą sensacją, a jedynie kolejnym "filmidłem", które łatwo sie zapomina zaraz po projekcji, natomiast produkcje Kanadyjczyka Denisa Villeneuve kojarzą sie raczej z filmem off-owym, festiwalowym. Widocznie jednak, gdzie filmowców dwóch tam i dobry thriller powstać potrafi. I choć w sumie historia lubi sie powtarzać, a obrazy o uprowadzeniach dzieci już były to ten jednak przykuwa na ponad dwie godziny i jakoś trudno sie przy nim nudzić. Miejsce kręcenia może wydawać sie dziwnie znajome, ot kolejna historia na amerykańskiej prowincji: biednej, zacofanej, bardzo religijnej, mrocznej, zimnej...i można by tak wymieniać i wymieniać nawet jeśli nigdy nie było sie na terenie Stanów Zjednoczonych. Mimo to takie miejsca, w tym przypadku: Conyers, Porterdale i Atlanta w stanie Georgia, nadal fascynują zarówno filmowców, jak i samych widzów, wprowadzając atmosferę chłodu i zaściankowości. "Prisoners"(polski tytuł jakoś mi tutaj nie pasuje...) zyskuje na tym niesamowicie, z jednej strony może i faktycznie wizualnie przypomina kilka innych produkcji, z drugiej natomiast tłumaczy zachowania bohaterów filmu zarówno tych pozytywnych, jak i tych po drugiej stronie. Ułatwia także "wczucie sie" w atmosferę przedstawionej akcji. Nieco nierównej, bo miejscami bardziej, a miejscami mniej trzymającej w napięciu. Trudno powiedzieć czy ten zabieg jest stworzony celowo, natomiast działa on na korzyść podczas oglądania, nie odczuwa sie bowiem ciężkość tematu, na którym opiera sie akcja. Kolejnym ważnym i dobrze dobranym elementem są aktorzy. W tym przypadku z dużym doświadczeniem scenicznym, nagradzani i nominowani do wielu nagród, a przede wszystkim kojarzeni przez widzów. Chociaż Hugh Jackman to raczej aktor filmów akcji, to jego rola została tak dobrana, by w owej akcji uczestniczył, a nawet by był jej osią. Terrence Howard natomiast to nie tylko drugoplanowa twarz z "Iron Man'a", ale postacie w takich filmach jak "Odważna" czy "Ray", obrazach wartych zapamiętania. Maria Bello podobnie jak Viola Davis to typowe aktorki obrazów dramatycznych i obyczajowych, choć obyte także w thrillerach. Rozpacz ich postać i sposób radzenia sobie z nią pokazuje widzowi różne punkty widzenia, różne sposoby reagowania i przeciwstawiania sie lub poddawania losowi, co zresztą dotyczy nie tylko kobiecych, ale i męskich przedstawicieli "Prisoners". Całość spaja logicznie dopracowany scenariusz, gdzie każdy szczegół, każdy detal pokazany na ekranie jest ważny. Czy będzie on dotyczył przeszłości Kellera Dover'a czy leków, na nocnym stoliku, Grace Dover. Nie ma tu niepotrzebnych wypełniaczy, bo twórcom zostało trochę z budżetu. Tutaj budżet wynosił 46 mln. dolarów i lwia część z niego została zapewne wydana na gaże dla Hugh Jackmana i Jake Gyllenhaala, którzy zresztą udowodnili, że są warci, każdego wydanego na nich dolara. Trudno powiedzieć czy twórcy spodziewali sie jakiś oszałamiających zysków i niezwykłej popularności obrazu czy raczej chcieli stworzyć dobry film, który swoją treścią, a nie nazwiskami aktorów, będzie przyciągał do kin i wypożyczalni. Bez względu na ich założenia "Prisoners" to kawał solidnego kina zarówno dla wielbicieli thrillerów, jak i fanów Jackmana czy Gyllenhaala. Warto więc go polecić, nawet tym znajomym, którzy za oglądaniem filmów nie przepadają. MOJA OCENA - 7/10 https://www.youtube.com/watch?v=vix2edV7LiM
  3. Millerowie

    Millerowie (We're the Millers) O Filmie: David (Jason Sudeikis) na co dzień sprzedaje zioło, Rose (Jennifer Aniston) kręci swoimi dojrzałymi już wdziękami w klubie ze striptizem, Casey (Emma Roberts) szlaja się po ulicach, bo właśnie uciekła z domu, a Kenny (Will Poulter) właściwie nic nie robi, wystarczy, że jest totalnym frajerem i prawiczkiem. Losy tej czwórki łączą się wskutek nieprzewidzianych wydarzeń (David wpada po uszy w tarapaty i żeby z nich wyjść musi przemycić z Meksyku narkotyki, a ponieważ rodzinna wycieczka wygląda w oczach celników lepiej niż samotny podróżnik, namawia do podróży swoich sąsiadów), czego efektem jest nowa "rodzina" i jej wielkie, intratne w przypadku sukcesu, wyzwanie. Może i brzmi typowo, może wieje nudą i kliszami, ale to naprawdę nie jest tak jak myślicie. A właściwie jest, tylko że zabawniej i przyjemniej, niż Wam się wydaje. Początek może przerażać: totalnie przeciętny Sudeikis dwoi się i troi, by rozbawić, jego młody sąsiad wygląda jakby urwał się z choinki, zamulona Roberts zupełnie nie przyciąga uwagi, a prężąca się na rurze Aniston przywołuje tylko jedną refleksję: oj, ma Jen już swoje lata... Wiadomo, że cała trójka będzie niechętna pomysłowi, później się zgodzi, rzecz pójdzie jak z płatka, a potem zaczną piętrzyć się przeszkody. A jednak rzecz się rozkręca i w miarę rozwoju tej przewidywalnej jak jutrzejsze monstrualne kolejki w marketach (sklepy będą nieczynne przez aż jeden dzień, apokalipsa) akcji jest lepiej. Oczywiście, zdarzają się dłużyzny, niepotrzebne powtórzenia i sceny nie tak zabawne, jak oczekiwano, ale w ostatecznym rozrachunku nie zmienia to zupełnie faktu, że seans co chwilę przerywany jest śmiechem i zlatuje bardzo szybko. Humor Millerów jest dokładnie tym rodzajem żartów, których szukam w komediach. Nie jest to humor wulgarny (choć lekko sprośny owszem), klozetowy, raczej opiera się na zabawnych skojarzeniach i dobrze wykorzystanym potencjale osobowościowym bohaterów (Scottie P., you know what I'm saying). Nie powiedziałbym, że jest grubiańsko i żenująco (jedna może tylko scena - akcja "pająk" - była rzeczywiście zbędna) - kino wypluło do tej pory całą masę komedii bardziej prostackich i krępujących. Niezłe dialogi, prześmieszne zwroty akcji i żarty sytuacyjne tworzą w konsekwencji bardzo sympatyczny obraz rodzinki z szalenie wciąż popularnym w komediach motywem udawania kogoś, kim się nie jest i stopniowym polubieniu tej roli. A na deser - garść całkiem poza fabularnych nawiązań (choćby finałowa sekwencja z cyklu "sceny usunięte" - sentymentalne mrugnięcie okiem do jednej z aktorek i fanów tego, o czym tam mowa) - które smakują równie dobrze jak cały film. Czy polecam? W ramach rozluźnienia i umysłowego relaksu w weekend będzie jak znalazł. MOJA OCENA - 6/10 https://www.youtube.com/watch?v=fU01pH34BfY
  4. Krudowie 3D

    Krudowie 3D (The Croods) O Filmie: Nowa animacja DreamWorksów ma już na starcie plusa za to, że nie jest sequelem którejś z ich wcześniejszych produkcji. Niesamowite, że włodarze studia zdecydowali się na taki ryzykowny ruch... widocznie nawet oni zauważyli, że klepanie samych sequeli jest na dłuższą metę kiepaśnym pomysłem. Film opowiada o rodzince jaskiniowców, którzy żyjąc wedle ściśle określonych przez ojca reguł starają się po prostu przeżyć w świecie, w którym wszystko co się rusza jest ekstremalnie niebezpieczne (przynajmniej wg. ojca). Jak to bywa w tego typu animacjach, w rodzince jest czarna owca, która nie chce się podporządkować regułom. Ta czarna owca okazuje się... ruda i ma na imię "Ip" i jest wysportowaną dziewuchą. Oczywiście w wyniku pewnych, raczej standardowych, wydarzeń cała rodzinka będzie musiała ruszyć swe prehistoryczne tyłki ze swojej bezpiecznej jaskini i ruszyć w nieznany świat. Fabuła nie powala stopniem skomplikowania ani nie wnosi nic nowego do gatunku, ot opowiastka o porzuceniu starych wartości na rzecz nowych okraszona konfliktem na linii ojciec-córka; nic czego zaprawiony w bojach oglądacz animacji by nie widział. Zaskoczyła mnie trochę decyzja żeby główny bohater był bohaterem zbiorowym, ale muszę przyznać, że, zważywszy na liczebność rodzinki (sztuk 6), wyszło to bardzo dobrze. Nie czułem, żeby ktoś był zbędny ani, że ktoś został za słabo rozpisany (no może trochę matka). Trochę ponarzekałem na fabułę ale tak naprawdę nie była aż taka zła: nie nudziła, toczyła się wartko zabierając widza w coraz to nowe i fantastyczne miejsca oraz nie była wymuszona. Czuć tutaj po prostu rękę solidnego rzemieślnika. To czego zabrakło fabule twórcy nadrabiają dynamicznymi i świetnie wyreżyserowanymi sekwencjami akcji oraz niezłym poczuciem humoru. Myślałem, że widziałem już wszystko co ma DreamWorks do zaoferowania w kategorii rozśmieszania ale zostałem przyjemnie zaskoczony. Na pierwszy plan wybija się najmłodsza członkini wędrującej grupki troglodytów oraz pewien leniwiec o imieniu "Pasek". Ale i bez nich animacja by się pewnie obroniła, choć mam wrażenie, że poczucie humoru jest skierowane do trochę starszej widowni. Spodobał mi się również wykreowany przez grafików prehistoryczny świat, pełen fikcyjnych stworzeń i roślin. Czułem na początku, że trochę za mocno wzorowali się na planecie smerfów z "Avatara" ale potem dotarło do mnie dlaczego tak odrealnili przedstawiony świat. Dzięki temu widz odkrywa prawidła rządzące tą rzeczywistością razem z sympatycznymi Krudami. Efekty 3D w takiej animacji powalają Czas na werdykt! Animacja podobała mi się bardzo. Pełna humoru opowieść wiedzie nas przez bardzo ładnie zaprojektowany, wypełniony przedziwnymi istotami i roślinami świat w dodatku w 3D. Nie ma też nic złego w powtarzaniu przesłania, które widzieliśmy już w innych bajkach; w końcu czasami coś trzeba przypomnieć, żeby zostało na dłużej co nie? Dla kogo jest to animacja? Przede wszystkim dla spragnionych czegoś nowego ze stajni DreamWorks. Myślę też, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. "Krudowie" to kawał dobrej roboty! MOJA OCENA - 7/10 EFEKTY 3D - 9/10 http://youtu.be/9cyNwXx2CT4
  5. Martwe Zło

    Martwe Zło (Evil Dead) O Filmie: Debiut reżyserski Sama Raimiego z 1983 roku - kultowe już Martwe Zło doczekało się właśnie remake'a. Na ekrany polskich kin zawitał film w reżyserii niedoświadczonego jeszcze twórcy rodem z Urugwaju, Fede Alvareza. Raimi zajął się tym razem jedynie produkcją. Na szczęście brak doświadczenia młodego autora wcale nie rzuca się w oczy. Niczym stary gatunkowy wyjadacz tworzy pełnokrwiste i bezkompromisowe dzieło. Niestety, nie miałem okazji oglądać oryginału, dlatego oceniam nowe Martwe Zło jako odrębne dzieło, jednak świadomy jestem, że film nie uniknie porównań z obrazem Raimiego. Fabuła jest klasyczna, żeby nie powiedzieć schematyczna i wielokrotnie powielana. Grupka młodych ludzi przyjeżdża do odciętego od świata miejsca w głębi lasu. Czai się tu na nich zło, z którym będą musieli stoczyć walkę o życie. Podobny opis można by przyporządkować setce innych produkcji. W czym więc tkwi siła Martwego Zła? Wszystko zostało tu idealnie wyważone, począwszy od serwowanego przez twórców napięcia, przez mnóstwo brutalnych ale i działających na wyobraźnię scen gore, po autentyczną grozę. Nie ma tu nic oryginalnego, ale z rozsypki znanych elementów, Alvarez skleił coś, co naprawdę potrafi przestraszyć. A to w horrorze najważniejsze. Szczególnie wspomniane sceny gore mogą dostarczyć dreszczy. Tradycyjnie odcinane są wszelkie kończyny, rozbijane są głowy. Na pewno nie jest to obraz dla widzów o słabych nerwach oraz wrażliwym żołądku. Niemal cały film można sprowadzić do jednego zdania: niekończąca się tortura młodych ludzi. Jeżeli szukacie pozytywnych emocji, to zdecydowanie nie tutaj. Tu finał może być tylko jeden. Sporym atutem filmu jest oprawa wizualna. Schematyczny domek w głębi lasu otoczony został wyjątkową, mglistą i ponurą aurą, która nieustannie wzbudza poczucie lęku. Niepokoju dodaje jeszcze ciągle padający deszcz. Opadłe liście, bagna oraz ciernie - las jest bardzo nieprzyjazny. Odpowiednia zabawa światłem i cieniem wywołuje klimat grozy w sposób mocno sugestywny, co w połączeniu z kolei z bardzo dosłownymi scenami okrucieństwa, daje piorunujący efekt. Szybkie bicie serca gwarantowane. Całości dopełnia muzyka doświadczonego Roque Banosa, która świetnie komponuje się z obrazami i podsyca zasiany w widzach strach. Niestety dobrą zabawę mogą miejscami popsuć bzdurne i niedorzeczne sceny, o których z wiadomych względów nie będę tu pisał. Nawet pomimo, że mamy tu do czynienia z czystą fantastyką, to jednak pewne zasady realizmu powinny zostać zachowane. W tym wypadku jednak lepiej przymknąć na to oko, niż roztrząsać głupotę scenarzystów, gdyż możemy w tym czasie przegapić sporo dobrej zabawy. Martwe Zło w wydaniu Fede Alvareza zasługuję na miano klimatycznego i naprawdę strasznego horroru. Szczególnie jeśli popatrzymy wstecz na tego typu produkcję ostatnich lat. Może nie jest to powiew świeżości, a już tym bardziej rewolucja w gatunku. Jednak jest to kawał dobrego, przyzwoicie zrealizowanego i obrzydliwego kina. Reżyser nawet na moment nie daje nam wytchnienia, co chwila bombardując nas różnego rodzaju brutalnymi scenami. Martwe Zło straszy! Polecam. MOJA OCENA - 7/10 http://youtu.be/W9YC5I6vCfg
  6. To Już Jest Koniec

    To Już Jest Koniec (This Is The End) O Filmie: W amerykańskim kinie apokalipsa trwa w najlepsze, a filmowe końce świata nie mają końca. Temat opracowany był już niemal z każdej strony, nie mogło więc zabraknąć także durnowatej komedii, pełnej seksualnych podtekstów i fekalnego humoru rodem z produkcji Apatowa. Nie wspominam jego nazwiska bez przyczyny, w This is the End znajdziecie bowiem pełen komplecik gwiazd, które nabierały doświadczenia właśnie w produkcjach nowojorczyka. Hill, Rogen, Cera, McBride, Franco, Baruchel... cała śmietanka zebrała się na planie i z pewnością bawili się nieziemsko. A widzowie przyzwyczajeni do tego rodzaju humoru, patrząc na ich wygłupy okraszone pretekstową fabułą, raczej nie powinni być zawiedzeni. Wspomnieni wyżej aktorzy spotykają się na imprezie w domu Jamesa Franco. Wszyscy grają tu samych siebie, więc aluzji do ich poprzednich występów będzie co niemiara. I to jeden z najfajniejszych elementów filmu, bardzo dużo radości przynosi wyłapywanie kolejnych smaczków, tych ewidentnych, i tych mniej. Sami wiecie: przerażony Hill przedstawiający się Bogu w modlitwie, jako "ten od Moneyball", McBride nazywający Jamesa Franco "zielonym goblinem" itd. Wszyscy podchodzą do samych siebie z dystansem godnym podziwu, jadąc po bandzie i nabijając się z własnych utartych już wizerunków. W zasadzie tylko Cera zrywa przypiętą mu metkę zakompleksionego nastolatka, jakiego odgrywa w kolejnych filmach. Tutaj jedną ręką układa kreskę do wciągnięcia, a drugą klepie Rihannę po tyłku. Chwilę potem jego przebija na wylot latarnia (jakkolwiek to brzmi), a ją diabli biorą. A to dopiero początek. Początek końca, mówiąc ściśle. Typową imprezę, jaką widzieliście w każdym amerykańskim filmie młodzieżowym, przerywa trzęsienie ziemi zapowiadające biblijną apokalipsę. Główni bohaterowie barykadują się w domu Franco, z przerażeniem odkrywając, że zostało im niewiele pożywienia, a wyjście na zewnątrz praktycznie równa się śmiercią. Od tej pory całość rozgrywa się już praktycznie w czterech ścianach i zaczyna przypominać zbitkę skeczy, jednych lepszych, drugich gorszych. Ale choć miejscami film może nudzić, to jednak gwarantuję, że ma swoje momenty w czasie których nie będziecie mogli opanować śmiechu. Oczywiście - jeśli lubicie tego rodzaju ciężkostrawny humor. Osoby odporne na wulgarne i fekalne żarty pewnie będą ziewać od sceny do sceny, w czasie których poza tym niewiele się dzieje. Twórcy przekraczają różne granice pokazując, że nie ma dla nich świętości. Biblijne motywy stanowią tylko pretekst do kolejnych żartów, własne nazwiska służą im za wycieraczki (nawet Channing Tatum zostaje sprowadzony do roli... zresztą sami zobaczycie), a obrywa się nawet kultowym filmom pokroju Egzorcysty. Miejscami jest obleśnie i niesmacznie, miejscami do bólu zabawnie i choć w ostatecznym rozrachunku To już jest koniec wypada dosyć obojętnie, to i tak wystarczy aby określić go jedną z najlepszych komedii tego roku. This is the End to po prostu kolejny film pokroju Supersamca i wszystkich innych produkcji, w jakich występują Rogen i spółka. Ani gorszy, ani lepszy od pozostałych, jednak wystarczająco dobry, żeby fajnie się bawić. Kto lubi takie kino, będzie wiedział czego się spodziewać, twórcy bowiem nie zaskakują. Pozostali mogą się nudzić i śledzić film z odrazą, ale proponuję spuścić nieco z tonu i podejść do całości z dystansem, a być może nie raz się uśmiechniecie. No i dowiecie się, jaki ciężki grzech ma na sumieniu James Franco. I czy Hermiona poradzi sobie bez różdżki. I... po prostu to zobaczcie. MOJA OCENA - 6/10 '>http://youtu.be/eszysBKRmng
  7. Obecność

    Obecność (The Conjuring) O Filmie: Czasy dzieciństwa były piękne pod wieloma względami. Wtedy nawet najdurniejsze filmy grozy nas straszyły i było w tym coś bezcennego. Wystarczył upiór w szafie i troszkę krwi, by nie móc zasnąć bez włączonego światła. Gdybym wiedziała, że później mało który film będzie wywoływał u mnie takie emocje - oglądałbym horrory codziennie, mając zaledwie dwanaście lat. ''Obecność'' może nie jest wybitnym odkryciem strasznego gatunku, wszystkie tricki zastosowane w filmie już kiedyś widzieliśmy. Jednak James Wan (reżyser, koleś nakręcił też jedynkę "Piły") potrafi umiejętnie straszyć klasykami. Dzięki niemu, przez cały czas trwania filmu pozostajemy w lekkiej niepewności, w oczekiwaniu na najgorsze. Film kręci się wokół Lorreine i Eda Warrenów, pary, która w swojej karierze poznała już wszelkie upiory, duchy i źródła stukania w domu. Ich celem są badania zjawisk paranormalnych oraz obalanie mitów. Sami podchodzą do swojej pracy z dystansem. Jednak natrafiają na sprawę, która nie wygląda na fałszerstwo. W domu niedawno co zamieszkałym przez pewną liczną rodzinę, naprawdę straszy. I to nie byle kto - ale duch Annabelle, czyli pewnej upiornej laleczki, w której czai się demon.. Film został całkiem nieźle obsadzony. Vera Farminga, jako pogromczyni duchów i Lili Taylor, jako matka kilkorga dzieci, końcowo opętana przez demona. Ze ścian spadają masowo obrazy, dzieci lunatykują. W szafach coś stuka, a duchy bawią się z mamą w ciuciubabkę. Wszystko kręci się wokół znanego mitu o laleczce Annabelle, która obecnie znajduje się w muzeum Warrenów i stanowi najbardziej diaboliczny eksponat wśród całej kolekcji. Nie mogę niczego zarzucić filmowi pod względem technicznym. Wan wykonał swym filmem ukłon w stronę starszych kolegów, którzy kręcili naprawdę dobre horrory. Obecność można nazwać filmem wtórnym, gdyż nie zobaczymy w nim niczego, czego już nie widzieliśmy. Z drugiej strony ciężko znaleźć wśród ostatnio wyprodukowanych horrorów taki, który wystraszy nas równie mocno. Mogę się przyczepić jedynie do tego, że momentami film był nierówny. Rozumiem, że kulminacja strasznych rzeczy musi w horrorze przypadać na ostatnie minuty, ale tutaj finałowe sceny okazały się chyba jednak zbyt przegięte. Przez chwilę obawiałem się nawet, żeby przez te końcowe sceny film nie urósł do rangi swej własnej parodii, ale na szczęście tak się nie stało. Bardzo na plus gra aktorska – niby zwykła i niewyróżniająca się, ale jednak zapadająca w pamięć. Jeśli lubicie horrory, to jak najbardziej polecam Wam Obecność. To doskonały przykład na to, że wciąż można tworzyć filmy, które naprawdę mogą przestraszyć widzów. MOJA OCENA - 7/10 http://youtu.be/-sxWXZgVo3I
  8. 1000 Lat Po Ziemi

    1000 Lat Po Ziemi (After Earth) O Filmie: Krytycy już podpisali wyrok, 12% na Rottentomatoes mówi za siebie (w tej chwili 17 recenzji pozytywnych przy 130 negatywnych), film "1000 lat po Ziemi" jest skończonym gniotem. Czy aby jednak na pewno...? Przeważyło chyba przyzwyczajenie do gnojenia nowych filmów Shyamalana (obowiązkowo należy zawsze podkreślić rozczarowanie niegdyś obiecującym reżyserem) i niechęć do małych Smithów, którzy korzystając ze sławy głowy rodu, atakują w świecie rozrywki ze wszystkich stron. Jaden Smith rzeczywiście nie jest aktorską bestią, talent ma mizerny, a charyzmy niestety nie odziedziczył po tatusiu. Bynajmniej nie straszy jednak na ekranie, jest po prostu perfekcyjnie niewyrazisty. Nie jest to dramat obyczajowy, można go więc zignorować bez szkody dla filmu. Ciężej zignorować natomiast chwilami nudną wizję przyszłości. Shyamalan miał kilka fajnych pomysłów, nie brakuje różnych drobnych detali, przy których pokiwałem z uznaniem głową, tym niemniej przedstawiony świat jako całość jest niezbyt ciekawy. Obiecująca jest natomiast wyjściowa idea, czyli powrót na opuszczoną od tysiąca lat Ziemię, na której wszystko wyewoluowało w gatunki śmiertelnie groźne dla człowieka. Tak jest, Matka Ziemia się wkurzyła, że nie słuchaliśmy ekologów i postanowiła wypieprzyć nasze dupska w kosmos. Duży potencjał ma w sobie również wiodący wątek, czyli historia żółtodzioba zmuszonego do przejścia ponad sto kilometrów ekstremalnie niebezpiecznego terenu. Stary, dobry, poczciwy, futurystyczny survival. Cieszy również skupienie się na naturalnej dzikości planety, która powróciła do swojego pierwotnego, nie skażonego ludzką działalnością, stanu rzeczy. Nie zobaczymy więc nagle kawałka Statuy Wolności wystającego z krzaczka poziomek. Mniej fajnie, że jakkolwiek wciąż sprawny technicznie oraz pomysłowy wizualnie, Shyamalan zupełnie już zatracił zdolność do budowania napięcia. Oczywiście duża w tym wina niewyrazistego Jadena, ale również i od reżysera powinny wyjść różne formalne pomysły budujące dramaturgię niezależnie od talentu aktora. Tymczasem zamiast zaangażować się w grę o przeżycie, siedziałem w odrętwieniu emocjonalnym, coraz bardziej osuwając się na fotelu do pozycji mało zdrowej dla kręgosłupa. Film nie dość, że mało atrakcyjny, to jeszcze szkodliwy dla zdrowia! Hindus zawalił, bo nie wykorzystał należycie jednego elementu fabuły, który mógłby znacznie poprawić całość. Otóż oprócz krwiożerczej ziemskiej fauny i flory, na planecie grasuje kosmita, którego Smithowie przywlekli ze sobą. Ufoludek, jak i najwyraźniej cały wszechświat, nienawidzi ludzi i z upodobaniem poluje na nich. Gdyby został dobrze użyty, byłby to świetny motyw podbijający napięcie, na przykład poprzez podrzucanie jakiś przypadkowych spotkań ze stworem, dajmy na to podglądania zza leśnego sitowia rzezi dokonywanej na innych członkach załogi statku (jeden scenariuszowy pomysł to uniemożliwia, ale przecież nie trzeba się było poddańczo trzymać tego rozwiązania). Zresztą, można było na wiele innych sposobów rozwinąć temat jego obecności na planecie, tymczasem pojawia się dopiero w ostatnich kilkunastu minutach filmu (oraz źle poprowadzonych retrospekcjach), żeby wziąć udział w słabiutkim finalnym pojedynku z latoroślą Księcia z Bel-Air. Reasumując, film zmarnowanej szansy. Podtrzymuje uwagę widza dzięki operowaniu pomysłami z potencjałem, ładnej scenografii oraz kilku niezgorszym efektom (technicznie pozostawiają jednak wiele do życzenia) ale pozostawia obojętnym na oglądane wydarzenia przez co nieco nuży. Nie jest to film zły, jest po prostu nijaki, niedotrzymujący złożonej w pierwszych minutach obietnicy opowiedzenia nam czegoś ciekawego. A to w sumie chyba jeszcze gorzej, bo filmowa kicha pozostawia po sobie chociaż jakieś emocje, o „After Earth” zapomina się szybciej jak o karierze Jady Pinkett Smith. MOJA OCENA - 5/10 '>http://youtu.be/YSYvWltGvwI
  9. Kac Vegas 3

    Kac Vegas 3 (The Hangover Part III) O Filmie: Jeszcze w 2009 roku wszyscy przecierali oczy ze zdziwienia, kiedy pierwsza odsłona serii „Kac Vegas” w reżyseria Todda Phillipsa została uznana najlepszą komedią roku – pojawiły się do tego liczne nagrody, wśród których znalazło się miejsce nawet dla Złotego Globu. Chcąc kontynuować sukces szalonej serii, twórca postawił na kolejne części, tworząc na pewno mocno zapadającą w pamięć trylogię. Wreszcie było zabawnie, po seansie niektórzy odkładali na dobre alkohol, by nie skończyć tak, jak bohaterowie filmu. Jednak „Kac Vegas 3″ – „wielkie zamknięcie”, okazało się nieporywającym zakończeniem, którego być nie powinno. Komediowa seria równie dobrze mogła zakończyć się Bangkoku. „Kac Vegas 3″ to zwykły skok na kasę, bo wreszcie komedie przepełnione alkoholową zabawą znalazły swój początek właśnie przy okazji tej serii. Tuż po niej powstały „Projekt X”, czy inne komedie, w których największą rolę odgrywały zabawa, narkotyki i alkohol. Wataha powracała do nas co dwa lata, niestety z coraz mniejszym sukcesem. Fakt faktem, pierwsza część była naprawdę zabawna, o śmiech trudno nie było. Phillips zrobił kawał dobrej roboty, za znacznie mniejsze pieniądze i z mniejszym rozmachem. Każda kolejna część była robiona z coraz większym naciskiem na kasę i dochody. W trzeciej odsłonie obserwujemy to w największym stopniu i najbardziej to drażni. „Kac Vegas” z całkiem niezłej komedii przemieniło się w film z humorem rodem ze „Strasznego filmu”. Owszem, pojawia się kilka naprawdę dobrych scen, scenariusz zawiera parę elektryzujących momentów, jednak na tle całokształtu wypada to naprawdę nijako. Biorąc w tej produkcji na pierwszy plan humor, niestety, ale nie można o nim powiedzieć nic szczególnego. Powielają się teksty i pomysły z poprzednich części, irytuje coraz mniejsza oryginalność scen oraz sytuacji. Nie spodziewałem się, że takimi słowami zakończę zabawę z tą serią, ale może to i dobrze, że projekt Phillipsa dobiegł końca. Może już za dużo tej watahy i ich przygód. Może to właśnie przez brak ślubu, wesela, wieczoru kawalerskiego i kaca, film nie ma takiego poziomu, do jakiego przyzwyczaił nas twórca. Cóż, teraz można tylko gdybać, ale morał pozostaje jeden – „Kac Vegas 3″ jest najsłabszą częścią z trylogii. W tej części Phillips wprowadza nas do całkiem innego świata. Komedia akcji przy serii „Kac Vegas” brzmi co najmniej śmiesznie, jednak ostatecznie trzeciej części bliżej do tego gatunku, niż do zwykłej komedii. Tym razem gangster porywa jednego z kumpli, który staje się jego zakładnikiem. Podzielona wataha na czele z psychicznie chorym Alanem musi odnaleźć uciekiniera z więzienia, który przed laty ukradł gangsterowi złoto. I choć w serii jest to mała innowacja, to ogólnie tego typu tematów było mnóstwo (choć postaci Alana i tak nikt nie zastąpi). Phillips kopiuje schematy, co drażni, gdy sięgam swoją pamięcią do początku serii, który w porównaniu z tym „czymś” na końcu, był bardzo dobry. Po tych wszystkich zarzutach postawionych trzeciej części, dochodzę jednak do całkowicie innego podsumowania, które wręcz zaprzeczy wszystkiemu, co do tej pory nagadałem na temat „Kac Vegas 3″. Choć jest schematycznie, choć nie brakuje słabych momentów w scenariuszu, to jednak tą całą fabułę pochłania się w całości i uwaga uwaga – historia syci, nie pozostawiając niedosytu. Przy okazji znowu powala gra aktorska Zacha Galifianakisa, który od początku w tej serii jest bezbłędny, pozostawiając przy okazji w swoim cieniu kolegów z planu. Cooper, Helms i Bartha wyglądają tutaj przy nim dość blado, niemniej w miarę dobrze. A teraz pozostawiona na koniec największa irytacja, postacią Pana Chowa – zabawną, ale szczególnie denerwującą. Podsumowując. „Kac Vegas 3″ nie jest dobry, może co najwyżej średni, ale jak przystało na komedię, ocenę i tematykę należy dostosować do własnych poglądów. Osobiście uważam, że jest to najsłabsza część trylogii – mało zabawna, czasami zadziwiająca niskim poziomem, jednak na pewno wciągająca dość schematyczna fabułą. Myślę, że mogłoby być znacznie lepiej. MOJA OCENA - 6/10 '>http://youtu.be/se2xGIvajps
  10. World War Z

    World War Z O Filmie: Trzeba przyznać, że „World War Z” ma klimat – w niego wprowadza nas już czołówka, potem film tego nastroju nie traci, choć dość mocno konstrukcją przypomina grę komputerową, w której zmieniają się lokacje, a chmara zombie czyha za każdym rogiem. Takie są jednak prawa gatunku i nie ma się co ich czepiać. Zombie są bezmyślne i nie planują super ataku, ale po prostu zalewają zdrowych swoją masą, gryzą ich i zachowują się jak... bezmózgie zombie, czyli w zasadzie w granicach normalności dla tego typu stworzeń. Świetnie sfilmowany jest początek - chaos, anarchia i zagrożenie, które może pojawić się w każdej chwili – to cechy filmu, które wpływają zdecydowanie na plus i wytwarzają trochę klimatu jak z horroru, choć film horrorem raczej nie jest. Zombie tak straszą, jak i bawią. Film Marca Forstera nie zwalnia ani na minutę, ale... co najdziwniejsze - czasami jest to zaletą, czasami wadą. Zapewnia to dobre tempo i brak przedłużonych momentów, które mogłyby zacząć nudzić. Poza tym miło patrzeć na całą bandę zombie, które depczą po sobie i są jak chmara owadów ogarniętych tylko i wyłącznie chęcią pogryzienia człowieka. Ale z drugiej strony momentami chaos na ekranie jest zbyt wielki i możemy nie nadążyć za tym, co Forster chciał pokazać. A więc znów jego film cechuje chaos – tak jak było z „Quantum of Solace”, w którym dziki montaż niemal uniemożliwiał zrozumienie co, kto, komu i dlaczego. Obraz nie zaskakuje nas ani na chwilę, jest przewidywalny, ale tak jak pisałem wcześniej – dzięki kolejnym miejscom, w które podróżuje Gerry, pragnący odnaleźć antidotum na tę zarazę oraz dzięki utrzymaniu tempa filmu ogląda się go całkiem przyjemnie, ale nic ponad to. Oczywiście – Brad Pitt się sprawdza – bogaty, piękny ratuje świat przed falą zombiaków, jakby opędzał się od grupy psychofanów. „World War Z” to typowy wakacyjny film, którego możemy obejrzeć zajadając się popcornem . Na pewno będziemy dobrze się bawić, jeśli przymkniemy oko na pewne scenariuszowe nieścisłości i nastawimy się na czystą rozrywkę. MOJA OCENA - 8/10
  11. W Ciemność - Star Trek 3D

    W Ciemność - Star Trek 3D (Star Trek Into Darkness) O Filmie: Przyznaję się bez bicia, że nie jestem żadnym fanem Star Treka. Uniwersum znam dosyć wybiórczo, a sformułowania typu „Beam me up, Scotty”, znam tylko z tego, że były często cytowane w szeroko pojętej popkulturze. Jedyny trekowy produkt, który jest mi bardziej znany to serial „Star Trek. Następne Pokolenie”, a to głównie dlatego, że był emitowany w czasach, gdy wielkiego wyboru nie było, a seans z kolejnym odcinkiem serialu urastał do jednego z ważniejszych momentów tygodnia. Między innymi z tych powodów nie ekscytowałem się zbytnio, gdy w Hollywood zapadła decyzja, że seria dojrzała do kolejnego kinowego podejścia. Twórcy wprowadzają widza w historię na tyle sprawnie, że nie trzeba posiadać żadnej wiedzy na temat wydarzeń, które rozgrywały się w poprzedniej odsłonie. To o tyle ważne, że nie zniechęca widzów nowych i nie wprowadza poznawczego zamieszania. Tego, co jest istotne, dowiadujemy się w miarę szybko z ust bohaterów lub z kontekstu. Sytuacja staje się dosyć szybko bardzo klarowna, co zwiększa płynącą z seansu przyjemność. „W Ciemności” opowiada o kolejnej misji kapitana Kirka i załogi Enterprise. Po dosyć dynamicznym początku i poznaniu zagrożenia, przed jakim staje Federacja, załoga zostaje wysłana na wrogie terytorium, by zneutralizować poczynania niejakiego Johna Harrisona, niegdyś pracującego dla Federacji, a obecnie wrogo do niej nastawionego. Rozpoczyna się festiwal perfekcyjnie zrealizowanych efektownych scen, walk, pościgów i kosmicznych starć. Nieco mylić może tytuł filmu. Owej „ciemności” jest tu bowiem tyle, co kot napłakał. Nie jest to oczywiście żadnym poważnym zarzutem, gdyż w zamian otrzymujemy naprawdę dużo emocji i dynamicznej akcji, lecz mimo wszystko niektórzy widzowie mogą się poczuć wprowadzonymi w błąd. No, chyba że za mrocznego uznamy głównego antagonistę, którego pobudki są dalece niejasne, i który nie ma oporu przed samotną walką z wieloma przedstawicielami obcej, wojowniczej rasy, sprawiając przy okazji wrażenie dosyć brutalnego. Tym niemniej te akcenty są zbyt nikłe, by eksponować je w tak widocznym miejscu jak tytuł. Jedną z większych zalet nowego Star Treka są jego bohaterowie. Zwłaszcza Scotty wprowadza do fabuły dużo zabawnych akcentów, bardzo tym samym rozluźniając atmosferę, (by przypadkiem nie była zbyt mroczna). Dobre wrażenie sprawia też kapitan Kirk. Ta grana przez Chrisa Pine’a postać, powinna stać się ulubieńcem przede wszystkim żeńskiej części publiczności. Przystojny i niepokorny kapitan jest bowiem także człowiekiem honorowym, a w dodatku jak z rękawa sypie luzackimi tekstami, które, co trzeba przyznać, dodają mu swoistego zawadiackiego uroku. Ma spore szanse, by stać się jednym z najbardziej interesujących bohaterów dzisiejszego rozrywkowego sci-fi. Z uwagą będę śledził jego rozwój w kolejnych odsłonach serii (a nie mam wątpliwości, że takowe powstaną, materiał jest bardzo nośny). Czy film ma wady? Oczywiście. Przede wszystkim jest dosyć typowy. Zbyt dużych zaskoczeń podczas seansu nie uświadczymy. Akcja odbywa się według schematu: zawiązanie akcji, misja, rozwałka, w międzyczasie dochodzą też zawirowania wokół bohaterów, odkrywanie tajemnic niektórych z nich, etc. W danym momencie seansu z dużym prawdopodobieństwem trafienia możemy przewidywać co stanie się niebawem. Poza tym nie chodzi tu o nic innego, tylko o czystą akcję. Głębszych refleksji nie stwierdzono. Oczywiście, w usta bohaterów scenarzyści wsadzili parę zdań o poświęceniu, lojalności i odwadze, jednak nie różnią się one specjalnie od setek innych, które mieliśmy okazję usłyszeć w niezliczonych filmach. W tym aspekcie nieco wybija się monolog Spocka, gdy tłumaczy dlaczego dla postronnych sprawia wrażenie istoty bez emocji. Nawet biorąc pod uwagę, że Star Trek to przede wszystkim akcja, to trochę brakuje większej ilości takich scen. „W Ciemność. Star Trek” to idealny blockbuster na lato. Parafrazując pewien popularny tagline, gdy umysł chce odpocząć, budzi się chęć na kosmiczna przygodę. Film J. J. Abramska spełnia te wymogi doskonale, nie ma w nim zbędnych przestojów i zostawi spragnionego wrażeń widza w pełni usatysfakcjonowanego. To podręcznikowy przykład dobrej kinowej rozrywki. Otoczonej poświatą fajerwerków efektów specjalnych i okraszonej szczyptą uniwersalnego humoru. MOJA OCENA - 7/10 EFEKTY 3D - 8/10 http://youtu.be/VzxNsa6aYUc
  12. Straszny Film 5

    Straszny Film 5 (Scary MoVie 5) O Filmie: Cóż... obejrzałem wszystkie części STRASZNEGO FILMU do tej pory, więc i tej ominąć mi nie wypada. Choć z pewnością i tu nie ukrywam nic by się nie stało, gdybym ten film olał. Konwencję i zamysł tworzenia SCARY MOVIE każdy już pewnie zna. Jest to mniej lub bardziej chamskie darcie łacha z popkulturowej papki oraz popularnych horrorów wyprodukowanych w ostatnich latach. I tak jako tło historii nowej części STRASZNEGO FILMU producenci wybrali sobie horrorek MAMA. Oglądałem go i fakt... rozwiązanie akcji w drugiej połowie filmu jest powiedzmy sobie śmieszne. I nie dziwi mnie wcale, że twórcom ten właśnie tytuł przypadł do gustu. W każdym bądź razie jest co parodiować. A oprócz MAMY zjechano takie produkcje, jak: PARANORMAL ACTIVITY RISE OF THE PLANET OF THE APES BLACK SWAN INCEPTION EVIL DEAD Konwencja parodii jest prosta jak budowa cepa - ma być głupio a najlepiej jak jest głupio i totalnie bez sensu. Wprowadzono do grona aktorskiego kilka znanych nazwisk, które ostatnimi czasy ostro podbijały plotkarską scenę dla przykładu: Lindsay Lohan. Zastosowano parę tanich chwytów zgodnie z zasadą sex sales. No i oczywiście jest obraźliwie, obelżywie, szokująco i beznadziejnie głupio. I nawet uśmiałem się niejednokrotnie, ha ! Kto ma ochotę na stratę czasu i nie ma co oglądać to polecam. Kto ma zacięcie na ambitniejsze zajęcie to absolutnie nie. Ja póki co odhaczam tą część, jako najgorszą z serii i czekam na następną, bo i tak sobie nie podaruję :-) MOJA OCENA - 3/10 http://youtu.be/s0sDltc08_o
  13. The Colony

    The Colony O Filmie: Tematyka filmów post-apo, to po sci-fi, krwawych i mrocznych thrillerach moja ulubiona. Dokonywana dekonstrukcja człowieka i odzieranie go z humanizmu to najbardziej obiektywny obraz tego na co nas stać w warunkach extremalnych. I nie łudzę się... nie mam wiary w humanizm, tak jak brak mi wiary w system podatkowy... Samookłamywanie ma nam dać poczucie wartości. Tego, że jednak nie tylko szczebel dzieli nas od całego zwierzyńca, ale nawet i pięć drabin. I takim to melancholijnym wstępem, krótko o filmie... Skutkiem ingerencji człowieka w zmianę pogody jest wieczna zmarzlina. Ziemię otaczają chmury, z których jedyne co pada, to śnieg. Miasta ośnieżone, jedynie sterczące igły wieżowców przypominają o ich istnieniu. Ludzie chowają się pod ziemią z ograniczonymi zasobami. Akcja rozpoczyna się, gdy z sąsiedniej koloni przychodzi sygnał SOS. Trójka śmiałków wyrusza im więc na pomoc. A pomoc okazuje się walką o przetrwanie predatorów ze swymi ofiarami. Film może nie jest jakoś spektakularnie nowatorski pod względem fabularnym. Trochę w nim z THE DIVIDE, trochę z THE DAY AFTER TOMORROW, a trochę nawet z I AM LEGEND. Co jednak mnie w nim najbardziej ujeło to klimat. Fantastyczny, surowy, klaustrofobiczny, ciężki i przytłaczający. Wizja człowieka całkowicie uzależnionego od drugiego człowieka jest przygnębiająca. Jeśli dodamy do tego motyw zezwierzęcenia, pozbawienia drugiego człoweka tego co ludzkie, całość nabiera nadzwyczajnego kolorytu. Film po prostu robi się ciekawy. Ale zostawmy te ponure tematy. Z pewnością osobom, którym przypadła tematyka filmu THE DIVIDE polubi i THE COLONY. Wbrew pozorom te dwa filmy niewiele się od siebie różnią. I w jednym i drugim tytule wiary w człowieka jest tyle co na lekarstwo. A sytuacje skrajne raczej tej wiary pozbawiają. Jest parę rzeczy, które w normalnym, rasowym blockbusterze byłyby nie do przełknięcia. Po pierwsze - CGI. Dramatycznie amatorskie. Miałem wrażenie, jakby bohaterowie poruszali się wewnątrz naprawdę tandetnej gry. Scenografia wręcz planszowa. No i tak przechodzimy do praw fizyki. Jeśli świat ogarnięty jest mrozem i śniegiem, to o efekt oddechu, aż się prosi. No niestety, nikt o tym nie pomyślał. Nawet przez sekundę nie zobaczymy wydobywającej się pary z ust bohaterów podróżujących w minusowej temperaturze. Ale ok, może jestem wybredny, ale nie do przesady. Mam jeszcze resztki zdrowego rozsądku. Niski budżet równa się niska jakość obrazu. Jedno jednak trzeba oddać autorom. Napięcie utrzymali odpowiednie. A z ostatniej sceny walki Winding Refn powinien wyciągnąć odpowiednie wnioski do następnych swoich "krwawych" filmów. Scena = palce lizać !!! Cóż... pozostaje mi polecić. To naprawdę przyzwoite kino, utrzymujące widza na dość wysokim poziomie emocji. Fabuła sensownie skonstruowana, a i aktorstwo co niektórych przebrzmiałych już gwiazd nawet nie irytuje. Młody narybek też przy tym świetnie się spisuje. Także... nie zawsze niski budżet potwierdza regułę, że film będzie kompletnym fiaskiem. MOJA OCENA - 6/10 '>http://youtu.be/HXQSh7EFZ0w
  14. Iron Man 3

    Iron Man 3 O Filmie: Trudno co prawda mówić o Iron Manie, jako kinie życiowym. Jednak w tej wersji nastąpiła pewna dekonstrukcja bohatera. Podobnie, jak to miało miejsce w Batmanie. Tony Stark bowiem nie jest już lawdżojem, postrzeleńcem i bywalcem salonów, którego ego pożarło razem z butami i który nie odróżnia jawy od snu. Nie jest chłopcem bujającym w obłokach, którego porażka się nie ima. Nowy Stark ma kryzys, przeżywa stres i przygnębienie. Mało tego, kocha i troszczy się. Mój boże, myślę, ucieli mu jaja. Oj nie, cały czas je ma, pod szczelnym, żelaznym wdziankiem :-). Trójka to trochę powrót do korzeni pewnego rodzaju zabawy gatunkiem filmowym. Odchodzi się tutaj od typowo naukowego podejścia do tematu. Oczywiście wizja zbawienia świata jest równie mocna, co w poprzednich częściach. Jednak wkradł się tutaj nowy czynnik. Poczucie winy - Stark uważa się za prowodyra zaistniałej sytuacji, bowiem po części wykreował swoje demony. A po drugie, to bezwarunkowe uczucie. Stark nie jest już tylko hiperbohaterem. Jest mężczyzną, który opiekuje się i troszczy o swój związek. Kocha Pepper i ta miłość staje się nowym motorem napędowym jego działań. Oczywiście nie obejdzie się od wpadek, w końcu Stark to rasowy wybuchowy temperament. Jednak Stark w oczach Black'a stał się dojrzalszy i mądrzejszy. A przede wszystkim na tyle świadomy siebie, by wybujałe ego utrzymać w ryzach. Stark to przede wszystkim zmęczony gościu, który sam dostrzega pewien absurd swoich dotychczasowych działań. Black oszczędnie waży oponentów. Nie ma tutaj kosmitów, wytatuowanych obwiesi z elektrycznym biczem w ręku i papugą na ramieniu, czy brodatego potwora w metalowej zbroi. Black wprowadza czarny charakter, który jest swego rodzaju zasłoną dymną. Zastanawia mnie na ile powinniśmy się martwić alegorią postaci Mandaryna (Ben Kingsley), który jest żywcem ściągnięty z postaci Bin-Ladena. Nie będę wchodził w szczegóły, by nie spojlerować. Całą krecią robotę czyni jednak postać Aldrich'a (Guy Pearce). To niestety przykład człowieka z niesamowitymi kompleksami, który jest chodzącym lontem. Niewiele trzeba bowiem uczynić, by z potulnego baranka stał się przyrodnim bratem Hannibala Lectera. To trochę cicha eminencja wszystkich szalonych filmowych naukowców. Może nie fruwa ona po swoim laboratorium w białych łachu i ociekających tłuszczem od niemycia włosach. Jego mocą jest bowiem, nie tyle mózg, co psychika. Można by analizować postaci Iron Mana 3 bez końca. Black bowiem tak je skonstruował, że w tych dwóch godzinach seansu, każdy z nich ma okazję rozwinąć swoje skrzydła. Takim przykładem są dwie postaci, które w poprzednich częściach były traktowane trochę po macoszemu. Mam tu na myśli postaci nawiedzonego swoją rolą ochroniarza Happy (zabawny Jon Favreau) oraz mocno rozbudowaną "postać" elektronicznego kolesia Starka, czyli program zwany Jarvis (głos Paul Bettany). Można nawet powiedzieć, że Pułkownik Rhode dostał trochę ważniejszą rolę od swoich poprzednich wcieleń. Nagle bowiem może na równi stanąć w obronie ze Starkiem, a ich wzajemna relacja nie polega już tylko na udowadnianiu, który z nich jest większym kogutem w kurniku. Podobał mi się Iron Man 3. To typowy amerykański blockbuster z naprawdę efektownymi CGI. Już nie efekciarskimi, tak jak to miało miejsce w słabej dwójce. Świetne role aktorskie. Przede wszystkim wrażenie robi Guy Pearce, no i oczywiście porażający, rewelacyjny i absolutnie oszałamiający Ben Kingsley. Trochę po łebkach potraktowano postać Rebecca Hall , ale jak na mój gust, to bez utraty jakości... Nie zapominam oczywiście o stałej, starej brygadzie żelaznego człowieka, przecież bez Robert Downey Jr. nie byłoby Iron Mana, tak jak nie będzie Batmana bez Christiana Bale'a. MOJA OCENA - 7/10 EFEKTY 3D - 8/10 '>http://youtu.be/2CzoSeClcw0
  15. Szybcy i Wściekli 6

    Szybcy i Wściekli 6 (Furious 6) O Filmie: Kiedy w 2001 roku pojawił się film "Szybcy i wściekli" pewnie nikt nie spodziewał się, że w 2013 roku seria będzie kontynuowana, a co najważniejsze, w całkiem dobrym stylu. Oczywiście na tym się nie skończy, ponieważ już zapowiedziano na przyszły rok siódmą odsłonę. Za cztery poprzednie odpowiedzialny jest Justin Lin, który został etatowym reżyserem serii, jednak prawdziwy popis daje właśnie w tej najnowszej części. Nie będę streszczał, o co w całej serii chodzi, bo nie ma sensu. Szóstka zaczyna się w momencie, gdy znany nam z poprzedniej części agent Luke Hobbs (Dwayne Johnson) prosi Doma (Vin Diesel) o pomoc w schwytaniu groźnego przestępcy - Shawa (Luke Evans), który wykrada zaawansowaną technologicznie broń, zdolną do zablokowania wszelkich urządzeń elektrycznych na 24 godziny. Jego towarzyszką, prawą ręką jest Letty (Michelle Rodriguez), uznana za tragicznie zmarłą partnerkę Doma. Ten na wieść o tym, że żyje, formuje swoją drużynę (sami o sobie mówią "Rodzina") i rusza unicestwić Shawa, przechwycić broni, zaś sam chce wyjaśnić sprawę z Letty. Dość zawiła fabuła jak na film, w którym główną rolę mają "grać" wypasione bryki. Widać, iż seria chce podążyć w innym kierunku, a same samochody mają grać znacznie mniejszą rolę niż w pierwszych filmach tej zabawnej serii. I podążają za sprawą scenariusza Chrisa Morgana (Wanted). Lin ostro nacisnął na bieg odpowiedzialny za akcję, jednocześnie redukując motyw wyścigów. Nie usunął ich całkowicie, co na dobre wychodzi całej fabule. Na usprawiedliwienie dodam, że jak już samochody pojawiają się na ekranie robią to naprawdę spektakularnie. Film ma dwie naprawdę niesamowite i przesadzone sekwencje akcji - na autostradzie, oraz na absurdalnie długim pasie startowym. Warto wspomnieć, że przez większość filmu akcja dzieje się w Londynie, który jest pięknie pokazany i wybranie tego miejsca na oś filmu jest doskonałym posunięciem. To wszystko jest widowiskowe i widzowie będą podskakiwać na fotelach, jednak trzeba mieć do tego odpowiedni dystans. Dokładnie taki, jaki trzeba było mieć przy poprzednich szybkich i wściekłych. W filmie nie ma czegoś takiego jak fizyka, czy realizm, ale mi to nie przeszkadzało, bo nie oczekiwałem poważnego filmu. Jest też sporo humoru, co w doskonałym stopniu balansuje akcję. Nie jest to może poziom "Iron Mana 3", ale twórcy nie mają, czego się wstydzić. Obsada w tym filmie jest dobrze dobrana i wszyscy zagrali na poziomie, który jest wymagany do tego typu produkcji. Przeciętnie, ale przekonująco. Oczywiście każdy powtarza swoją rolę z poprzednich części, ale to nieuniknione. Nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Duża obsada w pewnym sensie przerosła reżysera, ponieważ próbuje wcisnąć przynajmniej 5 minut dla każdego, ale nie ma na to czasu. Niektórzy stanowią tło, wręcz są niepotrzebni, stanowią coś w rodzaju wabika dla fanów. Może to złe rozwiązanie, aby tworzyć samochodowe "Ocean ‘s Eleven"? Film trzyma tempo, choć wydaje się odrobinę za długi, jakby reżyser chciał w filmie zmieścić o wiele więcej niż zaplanowano. Są dłużyzny, ckliwe sceny i absurdy scenariusza, które mogłyby pogrzebać film, gdyby był robiony "na serio. Można by było ich unikać kosztem widowiskowych scen, ale co tam. Lepiej pójść na łatwiznę. Jeśli ktoś oglądał poprzednie części i znakomicie się na nich bawił to na szóstce będzie miał dreszcze towarzyszące podnieceniu. Jeśli ktoś takiego kina nie trawi, to odradzam z całego serca. Ci zaś, którzy chcą zobaczyć film akcji z pięknymi kobietami, samochodami i skokami na nich, wyłączyć mózg, to śmiało, a myślę, że nie pożałujecie. Niekoniecznie trzeba znać poprzednie części. MOJA OCENA - 8/10

Legenda grup:

  • Administrator IT
  • Administrator
  • Ekipa Ja, Rock!
  • Streamer
  • Moderator
  • Moderator Działu
  • Moderator Techniczny
  • Technik Sprzętowiec
  • Grafik
×